[be close to me]
Trudny dzień.
Kilka drobiazgów, które zgrzytnęły.
Parę niedociągnięć.
Jakiś smuteczek błąkający się w podpowiekowym królestwie cieni.
Ból fizyczny dokuczliwy.
Zbyt szybka utrata cierpliwości.
Za mało czułości.
A to wszystko bez powodu, bez usprawiedliwienia, bez wyraźnej przyczyny.
Tak wyszło. Po prostu.
Muszę pamiętać, że i takie dni bywają.
Bywają. A po nich przychodzi poranek.
Nowy? Lepszy? Po prostu inny...
Do snu zabieram zapach upieczonego chwilę temu chleba (moja przepustka do Stepford?) z papryką, oregano, z kminkiem; filiżankę kawy imbirowej, "Idiotę" Dostojewskiego i marzenie o szumie morskich fal, jeszcze w lutym, bo chcę bardzo.
2010-02-01 22:41:28
skomentuj (1)
[wczoraj. dziś.]
To było jedyne zdjęcie mojej babci. Jedyne, na którym jest po prostu Ona. Bez wianuszka wnuków, synów, bez kontekstu uroczystości czy innej akademii ku czci. Tam jest po prostu Ona. Patrząca prosto w obiektyw, lekko mrużąca oczy. Ze spiętymi włosami, delikatnym uśmiechem. Rozmarzona? Onieśmielona? Inna niż we wspomnieniach z mojego dzieciństwa. Inna niż stanowcza, mądra, poważna kobieta, zaczytana w kryminałach o wytartych okładkach, dziergająca na drutach sweterki dla wnuków. To było jedyne takie zdjęcie. Wygrałam je w warcaby od mojego kuzyna. Trochę oszukiwałam. Ale szybko rozgrzeszyłam się, że to w dobrej sprawie. Że dla niego to tylko zdjęcie naszej babci, a dla mnie... dla mnie istotny fragment historii kobiet w naszej rodzinie. To było ważne zdjęcie. A po śmierci mojej babci jego wartość była po prostu niemożliwa do oszacowania...
Któregoś dnia, przez nieuwagę, razem ze starymi szpargałami, z gwarancjami produktów, których domowy żywot dawno się skończył, razem ze starymi PITami, pismami do instytucji dawno zapomnianych, ponagleniami zapłat, notatkami... razem z tym papierowym śmietnikiem spaliłam tamto zdjęcie. To najważniejsze. To jedyne. Wciąż pamiętam jak płomienie otulają i podwijają koronkowe brzegi arkusika, jak bezpowrotnie, powoli a jednak zbyt szybko znika utrwalony na papierze wizerunek...
Nieostrożność. Bezradność. Żal.
Trudno to przełknąć. Bo to strata.
Niby przedmiot. Niby tylko pamiątka. A jednak...
Wczoraj podobnie. Rozbiłam pozytywkę mojego dziecka. Chciałam, aby towarzyszyła mu przez całe dzieciństwo, aby zasypiało przy jej dźwiękach, aby płynąca z niej melodia zawsze niosła spokój i ciepłe, bezpieczne wspomnienia. Aby ten piękny prezent od pięknych ludzi przetrwał lata. Zbierałam z podłogi kawałki szkła, zbierałam wodę z zatopionymi drobinkami brokatu. I jeszcze bardzo długo nie mogłam zasnąć.
Nieostrożność. Bezradność. Żal.
A później bezsenność.
I nowy dzień, w który weszłam z zapamiętanym żalem.
2010-01-27 21:33:59
skomentuj (1)
[księżyc i owsianka]
Pamiętam wczesne pobudki mojego dzieciństwa. Tunel wykopany w śniegu przez dzielnych panów dozorców. Kożuszek z haftami kupiony u górali. Szybkie kroki mojej mamy, wysokimi obcasami wybijany dynamiczny rytm naszego dni powszedniego, rozpoczynany biegiem do przedszkola. I chwilę wcześniej...
„Sygnały dnia” w radiowej Jedynce, mama przed lustrem. Nuciła poranne piosenki, wtedy na topie był Joe Dassin albo 2+1, i radiowi redaktorzy składali życzenia solenizantom i jubilatom. Mama tapirowała ciemne włosy w modne afro, rozpylała lakier, rysowała tuszem z „Mody Polskiej” grube kreski na powiekach, nakładała szminkę w kolorze intensywnej czerwieni. Dziś trudno mi uwierzyć, że wtedy miała tyle lat, co ja teraz. Przecież... przecież była taka dorosła. Zupełnie jak nie ja teraz. I pewnie zupełnie jak ja teraz myślała o swojej mamie kilkanaście lat wcześniej nucącej szlagiery Zbigniewa Kurtycza.
Rano dostawałam kubek mleka. Ale to nie był zwykły kubek. To była kubek z tajemnicą. Na dnie, w nagrodę za dzielność, krył się rarytas w postaci dwóch kostek czekolady. Ciepło mleko z czekoladą zostawiało na dnie mazisty osad. Najlepiej smakował wydobyty palcami. Smak mojego dzieciństwa. Niby paskudny (w końcu to jednak mleko), a jednak pyszny (w końcu to jednak czekolada!)
A ja poranki zaczynam owsianką. Odkrytą niedawno, i podobno, przez pół świata uwielbianą, przez pół znienawidzoną. A moja owsianka jest pyszna. Doprawiona cynamonem, odrobiną wanilii, kardamonem, imbirem. Uwielbiam ten ciepły, korzenny posmak zbóż i mleka. Siadam na krześle, nogi krzyżuję po turecku, oglądam świat i budzę się do życia. Przez dom przepływa aromat porannej kawy, w powietrzu wibrują ciche dźwięki muzyki. Kiedyś myślałam, że Billie Holiday jest na noce, ale od kiedy zaprosiłam ją na owsiankę i pierwszą kawę, skończyłam z muzyczno-nastrojowymi stereotypami. Gdzieś w parterze moje dziecko urządza sobie akrobatyczne slalomy pomiędzy krzesłami i stołem, i piekli się przeokrutnie, gdy utknie pod szczebelkiem czy w zbyt wąskiej szczelinie między ścianą i meblem. Uroki życia. Najurokliwsze. I nie ma znaczenia, że takie słowo nie istnieje w żadnym słowniku. W moim życiu zaistniało.
A Billie śpiewa o księżycu...
2010-01-26 16:02:07
skomentuj (2)
[piernikowe opary. i mrug. a nawet kilka]
Bardzo długo czekałam na taki wieczór, wieczór wypełniony drobiazgami, które składają się na idealną całość. Jest śnieg za oknem, i mróz, biel wszechobecna i skrząca w pomarańczowej poświacie ulicznych latarni. I w domu ciepło bardzo. Stopami głaszczę sierść puchatego dywanu uprawiając swoiście niewinną refleksologię. I popijam latte o smaku imbirowego piernika, i kiedy mrużę oczy to trochę trudno mi uwierzyć, że jeszcze niedawno z imbirem tak bardzo mi było nie po drodze. Jest dobrze, błogo i cicho...
Wczoraj wróciła jedna z moich słabości - wczoraj przy niej zamykałam drzwi do snu, dziś od rana zapętlona w odtwarzaczu. Płyta Massive Attack. Tak, trochę się rozpadam przy Karmacoma i zbieram przy Unfinished Sympathy, trochę potykam o przekleństwo zbyt dobrej pamięci, a trochę o technologiczną możliwość zatrzymania słów w elektronicznym liście, tak aby były na nierozważne wyciągnięcie ręki, choć może ich miejsce jest w niepamięci i w niebycie.
Ale mam sweter. Nawet kilka. Swetry w tej odsłonie zimy są duże, zamaszyste i doskonale kryją mnie i moje półuśmiechy w czeluściach wielkiego golfa, i dłonie kryją w zakamarkach długich rękawów. I jak zwykle, jak każdego roku, z lubością poddaję się wyrafinowanej pieszczocie łaskotania miękkich splotów na nagim ciele.
Jestem doskonale ukryta, jestem doskonale bezpieczna.
Jestem przyczajona i obserwująca, choć… może i jestem obserwowana?
[#sklerokarteczka – pod żadnym pozorem nie wracać do „Kolekcjonera” Fowlesa!]
W międzyczasie, kiedy nie uprawiam zmysłowego łaszenia się do swetrów i dywanu, planuję powrót do pracy. Tak przyziemnie. Dzisiejsze zdarzenia uświadomiły mi, że wracam w samo centrum bardzo małego świata. W świat pędzący własnym rytmem, świat w którym wszystko jest na wczoraj, w świat gdzie trzeba być czujnym, dyplomatycznym, ostrożnym. A ja nie potrafię.
To może potulę się do mojego swetra.
Pachnie tak, że ach...! grzech nie skorzystać.
I jest doskonale jednoosobową kryjówką przed przeszłością i przyszłością.
2010-01-15 22:57:28
skomentuj (1)
[fotoplastikon. jacek dehnel]
Pamiętam okoliczności. Przedpołudnie zakupowe ze śniadaniem w tle. Śniadaniem był zestaw w „Taste Barcelona”, ten z białym serem – to chyba nr 5. I jak zwykle boks, i jak zwykle mój ulubiony – środkowy. Oswajam, przyzwyczajam i anektuję, więc święcie bywam oburzona, kiedy zajęte, kiedy jakiś japiszon nad filiżanką herbaty, omotany w szalik koniecznie na modłę prezenterów śniadaniowej telewizji, zleca w nieskończoność te swoje przelewy na mini-mini-netboo(cz)ku, a ja z miną skazańca zerkam dwa piętra w dół, na szachownicę i przestrzeń przeszkloną. I tak, miewam wówczas myśli psychopatyczne - byle do pierwszej kawy - oczekiwanie umilając sobie rytmicznym wybijaniem słowa „Katalonia” na blacie stołu...
I nareszcie „Bookarest”, a tam – mój prezent pod choinkę, mój dla mnie ode mnie. Kupuję po prostu. Bo chcę, bo mam sentyment do autora, bo... Pani pyta, czy zapakować na prezent. Oczywiście. Szary papier, taśma pakowa zamiast wstążki, czerwona pieczątka z miejscem na wpisanie życzeń. Takie proste a takie zmyślne. I nie kusi, aby zaglądać, aby przez stertę papieru sczytać choćby mały fragment treści. Kartkuję coś tam przy kolejnej kawie, kawie w miejscu idealnym – jestem tylko ja, książki od podłogi aż po sufit. I karton z fioletowymi botkami tuż pod moim łokciem...
Zapominam o niej aż do Wigilii. A później kładę pod choinką zastanawiając się, czy sama przed sobą mam udawać zdziwienie? Czy spłoszonym wzrokiem szukać Gwiazdora, który podrzucił tę paczkę? Po wieczerzy rozpakowuję i... znów kładę pod choinką, tym razem papier jest nieudolnym pakunkiem nadszarpniętym ciekawością. Będzie na kiedyś, na wolny czas, na nastrój, na ulubioną powolność, którą ambitnie zamierzam wyłowić z sieci z napisem „mrzonki”. Po prostu BĘDZIE czekać... Teraz jest pomostem między mną, świątecznymi dniami i tą stertą słodkich, pełnych emocji rodzynek, które mam w pamięci, a których nie mam na zdjęciu.
2009-12-28 22:34:20
skomentuj (1)