@listy

czas przeszły

2012
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
kwiecień
marzec
styczeń
2008
grudzień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2002
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień






[majowe smutki]

Wciąż dziwię się upływowi czasu.
Maj tak szybko przemyka. Wczoraj zauważyłam, że bez przekwitł. A ja nawet nie zapamiętałam jego zapachu. Moje dziecko mówi pełnymi zdaniami, przedziwnymi. Tworzy fikcję, buntuje się przez sen. I jest coraz bardziej osobne, samodzielne. Gdzieś we mnie udręka, strach, niecierpliwość przemieszana z napadami czułości, kiedy słyszę „mamo, kocham ciebie bardzo”. I czas przedsennych utuleń. I na pamięć już znana bajka o misiu i tygrysku. Codzienność. Bywa przeklęta, bywa ratunkowa. I tylko we mnie zmienia się wobec tej codzienności nastawienie.
Rano jestem zła, właściwie zdenerwowana – jaki ładny eufemizm. Po powrocie do domu jestem bardzo zmęczona. Wieczorem... wieczorem jestem smutna. I to jest smutek, który wisi na rzęsach, rysuje się brązowym śladem na dnie filiżanki kawy, łamie w stawach kiedy na szyi zaplatam palce. Od kilku dni, może nawet tygodni, nie umiem go oswoić, zrozumieć, zaakceptować. Jest. Rozrasta się, pleni jak majowa zieleń. Przykrywam go zmęczonym uśmiechem, cieniem radości nakładanej jak makijaż. Dla pozorów...

[wsiąść do auta, wyciągnąć dłoń na wiatr i włączyć tę piosenkę...]


 


2012-05-22 14:30:24

skomentuj (5)

[ach!]

Ach!
[tak wiem, znów ach! kolejny pretekst, a może i powód, aby oczami przewracać nad moją egzaltacją,
ale ach! tak już mam, że się zachwyty mię chwytają głęboko i dusznie
]
Ach! Mam „Dziennik” Pilcha! Kolejna książką, którą muszę, fizycznie muszę mieć w zasięgu rąk. Więc jak durna chodzę z nią po domu, noszę w torebce. Uwierzyć trudno, ale ileż silnej woli musiałam uruchomić, aby nie wziąć jej na poranny spacer z psem:) „Dziennik” zacny. Ale to Pilch. Mistrz. Już pierwsze zdanie sprawia, że czuję się, jakbym z długiej podróży wróciła do domu. Ulga... dobre uczucie. Ulga, że to moja książka, dla mnie napisana, że gdybym lat temu wiele nie nauczyła się czytać, to dziś o takie spotkanie byłabym uboższa. A ten Pilch znacznie mniej figlarny, bardziej konkretny i zdefiniowany, ale nadal gdzieś ponad dywagacjami bardzo serio o sprawach ostatecznych unosi się ten chochlikowaty duch, za który tak go lubię. I słowa, w które wpadam – bez dwóch zdań wątpliwości – jak śliwka w kompot. Czterysta sześćdziesiąt cztery smakowite strony. Małymi kęsami.
Ach!

[Bliss. Uwielbiam. W ogóle. I w szczególe też.]


 


2012-04-20 13:25:45

skomentuj (0)

[i w drogę]

Zadzwonił klient z pytaniem: Pani jest dziś w Opolu?
Odpowiedziałam: Nie, dziś w Malborku i Bytomiu.
I nie skłamałam. Jako doskonale schizofreniczna trójca nieświęta jestem też w Poznaniu, za biurkiem, umysł natłokiem myśli skażony relaksuję i zmysły pasę patrzeniem na przebłyski słońca między chmurami. I trochę nie wiem, jak się nazywam. Trochę nie pamiętam jak policzyć do dziesięciu, ale w tej kwestii luz, albowiem trzyletni owoc żywota mego posiadł już tę umiejętność i ochoczo demonstruje.

Poza tym święta były przecudne i przepyszne, ze stertą chwil takich do schrupania. I sezon ogródków kawiarnianych zainicjowałam dłonie grzejąc o filiżankę zielonej herbaty z płatkami jaśminu i dodatkiem tajemnym, który rekompensuje każdą z ośmiu złotówek wydaną na niekoniecznie pokaźny imbryczek. Tak, są takie miejsca, w których tylko herbata (lub aż herbata) i mrużenie powiek, i słońce, i wiatr, i widok z okna, i uśmiech kelnera serdeczny a nie tylko profesjonalny – i wystarczy...
Lubię to! Klik:)

No. To ja biegnę. Sprawdzę, czy nadal jestem w tym Malborku...
Ech, dlaczego to wszystko jest takie pilne, na wczoraj i dodatkowo zagmatwane?

[dźwięki dreszczogenne... ale trzeba, bez dwóch zdań trzeba słuchać bardzo głośno!
a jak wspaniale przy Pavarottim jeździ się po mieście, że nie wspomnę o tej banalnej w swej urodzie chwili, kiedy grzmi chór a tu nagle w niespodziewanym spektaklu światło-dźwięk zapalają się uliczne latarnie
]


 


2012-04-13 12:33:35

skomentuj (2)

web stats stat24.com